Tłumaczenie wg Google'a

A po co?

- Żeby o sobie pamiętać oczywiście. I żeby ewentualnie móc się poznać. Niestety, nie pomoże to mojemu image, bo ci, którzy mnie znają lepiej, rozwieją złudzenia nowych znajomych, ale co tam…

Strona nie jest indeksowana, a jej adres dostaje się tym, co trzeba, czyli krewnym, przyjaciołom i znajomym, których interesuje spotkanie w doborowym gronie. Nie poleca się więc rozpowszechnianie go jak profilu na FaceBooku.


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2013

Spóźnione życzenia

Koncert kolęd w Czerepowcu (Rosja). Na scenie mój brat i siostry ze wspólnoty. No i ja. :-)

 

Ja wiem, że Święta już były! Mimo wszystko przyjmijcie najlepsze życzenia: niech Jezus, który przyszedł na świat i stał się podobny do nas, pozwoli nam odkryć w sobie to podobieństwo!

A żebyście wiedzieli, dlaczego spóźniłem się z życzeniami, rzućcie sobie okiem na relację z tygodniowego pobytu w Rosji (wróciłem wczoraj). Mieliśmy tam internet w ograniczonym zakresie i ledwie udawało mi się jako tako regularnie umieszczać notatki z podróży i zdjęcia.

Przy okazji przyjmijcie jeszcze życzenia na nadchodzący rok 2014. Niech to będzie rok odkrywania lepszych stron życia. :-)))

sobota, 26 października 2013

Etna dymi, a ja w lesie

To, co widać wokół mnie, to las korkowy.

 

Zdjęcie pochodzi z 18 października, kiedy po przylocie do Trapani, miałem dzień postoju w miejscowości Calatafimi. W ramach relaksu wyruszyliśmy ze znajomym na małą przejażdżkę krajoznawczą. Tak właśnie znalazłem się w korkowym lesie, zwanym Angimbe. 

Wrażenie jest niesamowite, bo cisza w tym miejscu jest jakby ciszą innego poziomu. Owszem, słychać zwierzostan, ale poza tym - zero pogłosu, czy innych dźwięków. Taki efekt wywołuje kora dębów korkowych, których, jak widać, rośnie tam dostatek.

Od tamtego dnia zdążyłem już przemieścić się do San Cataldo, do Oazy naszej wspólnoty. Temperatury wciąż letnie.

Dzisiaj Etna pluje nam popiołem do domów. Wszędzie mnóstwo czarnego pyłu. A! Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęcia. Wierzcie na słowo. Z tą Etną, to kupa różnych problemów wynika, bo może się okazać, że w najbliższych dniach będą problemy komunikacyjne, np. na lotnisku w Catanii. Spodziewamy się gości i nie wiadomo, czy dolecą. Zresztą i mój wylot (6 listopada) mógłby być lekko niepewny, gdyby się Etna nie uspokoiła w najbliższym czasie.

 

czwartek, 17 października 2013

Pozdrowienia z Sycylii

Rozumiem, że ten i ów stracił już nadzieję, że tu kiedykolwiek znajdzie coś nowego… Podejmuję kolejną próbę nawrócenia… ;)


piątek, 30 marca 2012

I już...

Uroczysta liturgia w Bazylice Prymasowskiej w Gnieźnie, a potem pogrzeb na cmentarzu św. Piotra, a po drodze spotkania z ludźmi, których nie widziało się czasem i dwadzieścia lat. Po wszystkim spotkanie przy stole w seminarium, gdzie Tadziu pełnił funkcję ojca duchownego. Było to "przypadkiem" to samo seminarium, które razem ukończyliśmy w 1992 roku.
Homilia na mszy pogrzebowej, wygłoszona przez rektora seminarium, ks. Wojciecha Rzeszowskiego (naszego kolegę z roku), bardzo delikatnie i elegancko odkrywała przed nami głębszy, tajemniczy wymiar tego, co się stało. Samego Tadeusza kaznodzieja przypomniał bez niepotrzebnego patosu, ale bardzo ciepło i realistycznie. Kto znał, wiedział, o czym mowa, a kto nie znał, zaczynał żałować, że nie było okazji poznać.
Miłą niespodzianką był, odczytany przez Prymasa Polski (skądinąd przewodniczącego liturgii) list bp. Wojciecha Polaka, Sekretarza Generalnego Episkopatu Polski, w którym wyrażał on swoją jedność z nami, uczestnikami liturgii. Wspominał w nim zarówno czas pracy Tadeusza w seminarium, jak i nasze wspólne studia. To był bardzo miły gest.
Pogoda nas nie rozpieszczała: wiało, a po południu spadł nawet deszcz.
A! Wiedzieliście, że Tadeusz napisał książkę? Tytuł "Z ciemności do światła". To rodzaj rozważań rekolekcyjnych. Wszyscy, którzy brali udział w spotkaniu po pogrzebie, otrzymali ją w prezencie.
I chyba to tyle. Może ktoś z uczestniczących w tych wydarzeniach miałby jeszcze coś do dodania? Napiszcie w komentarzach.

środa, 28 marca 2012

Pozdrowienia z podróży

Po dwóch dniach rekolekcji w kryminale jestem przekonany bardziej niż kiedykolwiek dotąd, że także tzw. Złoczyńcy, którzy rzeczywiście skrzywdzili niewinne osoby, sami są ofiarami zła. To oczywiście żadna nowość, ale wiedzieć to jedno, a słuchać, jak przyznają się do tego, co zrobili, to zupełnie co innego. Tymczasem przemieszczam się nocnym autobusem relacji Zamość-Słupsk, który na 4:20 dowiezie mnie do Bydgoszczy. Stantąd o ruszam jutro do Gniezna na ostatnie spotkanie z Tadziem. Mam nadzieje, że spotkam tam niektórych z Was. Do zobaczenia!

poniedziałek, 26 marca 2012

Pogrzeb Tadzia

Uroczystości rozpoczynają się w czwartek, 29 marca, o godz. 12:00, w Katedrze Gnieźnieńskiej. Przedtem różaniec tamże.
Po Mszy - przejazd na cmentarz św. Piotra.
Wiem, że z Bydgoszczy, z parafii Chrystusa Króla na Błoniu, szykuje się jakiś większy wyjazd, więc, jeśli macie tam jakieś kontakty, a jesteście z Bydgoszczy, może znajdziecie miejsce w jakimś środku lokomocji.
Do zobaczenia!

niedziela, 25 marca 2012

Tadziu Kwitowski poszedł na spotkanie z Panem

Jeszcze to do mnie nie dociera... Zginął wczoraj, w wypadku na motolotni.
Kto nas dłużej zna, wie, że razem zakładaliśmy wspólnotę ewangelizacyjną w Bydgoszczy. Przyjaźniliśmy się jeszcze od czasów seminaryjnych.
Polecam go Waszej modlitwie.

sobota, 24 grudnia 2011

Życzenia i donosy

Ponieważ w Wigilię nawet zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, to ja postanowiłem się odezwać również. Należy Wam się informacja o tym, że od 26 października przebywam w Makaronowie (dla niewtejemniczonych - we Włoszech). Cel - wspomóc dwie nasze wspólnoty:: w Recanati i w San Cataldo na Sycylii.
Przy okazji pobytu w Recanati zwiedziłem sobie Apulię: byłem w Taranto, Foggi i w San Giovanni Rotondo. Zwiedziłem też Ascoli Piceno, ale to już bliżej Recanati.
Nie muszę Wam mówić, że mamy tu cieplej niż nad Wisłą, choć dzisiaj rano w Recanati było 0 stopni. Na Sycylii za to można było zapomnieć, jaki to mamy miesiąc. W połowie grudnia można było na boso łazić po plaży albo, jeśli wola, wcinać pomarańcze prosto z drzewa.
Przede mną święta we Włoszech, ale już wkrótce wracam do domu. Aby obejrzeć filmik z życzeniami, należy kliknąć w odpowiednim miejscu!

środa, 13 kwietnia 2011

Misje na Warmii

Właśnie je prowadzimy. parafia Św. Marii Magdaleny we Wrzesinie. Zaczęliśmy 10 kwietnia, kończymy 17 kwietnia. Są ze mną Hania i Jacek Damięccy, kto zna, wie o kogo chodzi.
Będzie jeszcze parę osób z naszej wspólnoty, które tu przyjadą do współpracy. Już teraz dziękuję Wam bardzo. Bez Was wszystkich byłyby to jedynie przegadane przeze mnie kolejne rekolekcje. :-)
W poniedziałek po spotkaniu dla pań, hania miała tu całą kolejkę chętnych do pogadania. Niektóre się już pokazały z wizytą, inne się wybierają. Wczoraj jacek spotykał się z mężczyznami. Rano zajęcia dla dziecków, a w poniedziałek - dla gimnazjalistów... Kto wymyślił gimnazja...
No i każdego dnia po dwa ogólnorozwojowe spotkania podczas mszy. Z tego, co ludzie mówią, zdaje się, że coś się dzieje w słuchaczach, ale daleki jestem od wyciągania pochopnych wniosków co do naszej skuteczności. Raczej przeciwnie: ludzie uwierzyli, że najważniejsze zrobi w nich Pan Bóg, nie bez ich współudziału oczywiście. My po prostu pomagamy im się z Nim spotkać.

czwartek, 17 marca 2011

Do Jerozolimy

Fotka z autobusu autorstwa Krzysztofa, robiona komórką. Przy okazji przedstawiam: autor, Ks. Krzysztof Drews, prorektor gdańskiego seminarium duchownego, był jednym z uczestników naszej pielgrzymki. Kto nie zna, niech żałuje.

Przyjechaliśmy. Samolot czarterowy linii Air Italy Polska wylądował w Ovdzie punktualnie. Proszę nie zazdrościć: na zewnątrz temperatura 25 stopni. Słoneczko i ani jednej chmurki.


Po drodze do Jerozolimy odprawiliśmy mszę na pustyni.


jacek właśnie przygotowuje, co potrzeba.(foto Olga).

Jedziemy dalej i za moment zatrzymujemy się na przerwę kawowo-toaletową. Widoczki typowe dla Izraela: młodzi chłopcy i dziewczyny z karabinami. I ciekawostka: cywil w jeansach z giwerą. Okazuje się, że każdy żołnierz, również na urlopie, musi pilnować swojego karabinu. Fajnie co?

A z okien naszego hotelu mieliśmy widoczek następujący



Może być, nie? (foto Olga)

Sam hotelik - rzecz gustu. Na jedzenie nikt nie narzekał, choć arabskie. :-) Jak dla mnie - średnio zadbany. Się nazywa "Seven Arches". Dajcie znać, czy link działa, bo kiedy go umieszczałem, strona była zawieszona z powodu jakichś prac nad nią.

Niektórzy wybrali się jeszcze w nocy pod Ścianę Płaczu.

(foto Olga)

czwartek, 24 lutego 2011

Dwa zimowe miesiące

Ok, no wiem, że znów przesadziłem. Tym bardziej, że w zasadzie byłoby nawet o czym opowiadać.
Po pierwsze na początku stycznia odwiedziłem moją osobistą rodzinkę, o czym chyba nikt poza zainteresowanymi nie wiedział. A, sorry, wiedzieli jeszcze moi koledzy, moderatorzy bydgoskiego seminarium i jeden kolega proboszcz. To były bardzo miłe spotkania. Bo, jak to powiedziała pewna pobożna pani, kiedy nie chciałem jej poświęcić zapałek, "mało jest teraz wierzących księży". :-)
Jako punkt drugi powinienem chyba umieścić wyprawę do Pragi, gdzie wziąłem udział w międzynarodowym seminarium poświęconym duchowości naszej wspólnoty. Można nawet powiedzieć, że było to światowe seminarium, bo nie zabrakło towarzystwa zza Wielkiej Wody. Cóż: trzygwiazdkowy hotel, znakomici mówcy i doborowe towarzystwo oraz narodowy napój Czechów ze zniżką dla uczestników seminarium. A przede wszystkim radość z tego, że się jest na swoim miejscu. A uczucie wzięło się stąd, że ktoś znowu nazwał po imieniu to, co mnie pociągnęło do wspólnoty. To tak, jakby sobie człowiek przypomniał... No dobra, bo bym się zrobił romantyczny.
Punkt trzeci to Ogólnopolskie Seminarium Liderów Ewangelizacji w Warszawie (połowa stycznia). Tym razem nie hotel, a dom rekolekcyjny, o czym zostaliśmy z kolegą poinformowani od razu w recepcji, ponieważ zapytaliśmy nieostrożnie, czy nie dałoby się czegoś przekąsić. Chodziło nam o jakikolwiek bar albo bufet, byle coś wrzucić na ruszt. Ale gdzie tam! No nic. Ruszyliśmy więc do naszego "rekolekcyjnego pokoju” na trzecim piętrze. Przy windzie kolejna niespodzianka. Napis głosi: "winda tylko dla gości hotelowych. No, ale, myślę sobie, skąd oni tu gości hotelowych wezmą, skoro to dom rekolekcyjny? Z uczuciem, że jedziemy na gapę, wtoczyliśmy się jednak razem z naszymi walizkami i komputerami do owego hotelowego dźwigu. Po wejściu do pokoju znów nie mieliśmy wątpliwości, że to nie jest hotel: pomiędzy dwoma piętrowymi łóżkami można było przechodzić tylko pojedynczo i to pod warunkiem, że się człowiek jakoś dogadał ze współspaczem, bo ruch odbywał się wahadłowo: jeden przechodzi, a drugi stoi w kącie. No i wisienka na torcie: o ile w prawdziwym hotelu w jak najbardziej świeckiej Pradze, w szufladzie nocnego stolika zastaliśmy zgodnie z hotelowym standardem Pismo Święte, to w domu rekolekcyjnym, w tym samym miejscu można było znaleźć co najwyżej modlitewnik. No comments...
Po drodze były jeszcze różnego rodzaju spotkania wspólnotowe, jak np. kurs biblijny w Białymstoku albo wizyty różnych fajnych ludzi u nas w domu… Jednym słowem to, co zwykle.
W najbliższej perspektywie wyjazd do Izraela na tydzień w marcu. Już się zastanawiam, jakby tu Was informować o przebiegu całego zajścia, bo kto to wie, czy internet będzie w zasięgu bez konieczności wzięcia kredytu hipotecznego. W razie czego jest jeszcze Twitter, który - dodam dla porządku - możecie śledzić również na tej stronie.
To chyba tyle tym razem. Pozdrowienia!

czwartek, 23 grudnia 2010

Gwiazdkowo


Hmmm... Się skasował wpis, co tu go byłem umieściłem. Opowiedziałem w nim o licznych moich jesiennych zajęciach: o misjach w Miłoradzu, o kursach w Warszawie i Bydgoszczy i o wspólnotowych wyjazdach do Białegostoku. No, szkoda. :-) Nie zachowałem na dysku, a jakoś nie mam tyle samozaparcia, żeby go jeszcze raz tworzyć.
Pozdrawiam wszystkich świątecznie!

niedziela, 19 września 2010

Przystanek Wenecja

4 września wyruszyliśmy z naszą ekipą na doroczne spotkanie do Recanati. Trochę plażowania, trochę rekolekcji popołudniami. A przede wszystkim miłe spotkanie z mordkami, których nie oglądasz czasem przez okrągły rok.

Po drodze zahaczyliśmy o Wenecję, po której pobiegaliśmy nieco. Plac i Bazylika św. Marka oczywiście, ale zanim się tam dotarło z parkingu - próba sił z naciągaczami na transport tramwajem wodnym lub motorówką (od sześciu i pół do dziesięciu euro na głowę). Wyszliśmy z niej zwycięsko i natychmiast zostaliśmy nagrodzeni: do Piazzale Roma można bardzo przyjemnie dojechać kolejką napowietrzną (jeden euro za osobę). No a stamtąd siłą rzeczy trzeba było per pedes. Fajne są te wąskie uliczki Wenecji. A sam plac należy do tych miejsc, gdzie cały świat przysyła swoje delegacje. Ten szumek międzynarodowy, taki typowy dla miejsc w rodzaju Central Parku, Manhattanu w ogóle albo Placu św. Piotra.

O plaży nie opowiadam, bo to zjawisko typowe dość i jedni lubią bardziej, a inni mniej. Pogoda póki co jest. Znaczy przyzwoita jest.

P.S.: Nie udało się opublikować tego wpisu wcześniej z powodu marności dostępu do netu. Tymczasem dziś jestem już w domu i wakacje należy uznać za zakończone.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Świerszczychrząszcz

Pod tą wdzięczną nazwą kryje się kabaret ze Szczebrzeszyna. Wybraliśmy się dziś ekipą na występ onego, co się odbywał podczas dożynek poleskich, Państwo sobie + - wyobraża, jak to mogło wyglądać. No więc nie. Tak nie wyglądało. Przyjemnie, na poziomie i ogólnie z kulturą. Nawet było honorowe oddawanie krwi, gdzie zamiast zwyczajowych ośmiu czekolad się kino domowe albo odkurzacz wygrywało. No? Nie mówiłem, że było cool turalnie?
A tego Świerszczychrząszcza to gdzieś sobie wyhaczcie koniecznie, bo zabawa przednia jest.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Wakacje są!

Fotka chyba dobitnie o tym świadczy.
Są, ale się kończą dla wielu. Dla mnie zasadniczo jeszcze nie, bo na wakacje wybieramy się wszyscy (cały nasz skład) w pierwszych dniach września. Jak zwykle spotykamy się z innymi braćmi i siostrami ze wspólnoty, która się była już nieco rozlazła po świecie.
No, ale do tej pory też się coś działo.
Przede wszystkim przez miesiąc siedziałem we słonecznej Italii, wykonując amatorsko zawód proboszcza. W meczu pogrzeby : chrzciny - 2:1 dla pogrzebów.
A jeszcze wcześniej, bo w kwietniu odwiedziłem moje miasto rodowe, choć - sorry - jak zwykle nie bardzo się z tym ujawniałem. Spędziłem tam coś koło 36 godzin i moi rodzice mogliby nie znieść najlepiej, gdyby z tych godzin którejś miało zabraknąć. Wszystkich proszę o wyrozumienie.
Aha, trafiło mi się fajne zajęcie tego lata. Pisywałem sobie do takiej darmówki sezonowej, którą się rozdaje na plaży. Dowiem się od wydawcy, czy to tu mogę wkleić i jak co, dam Państwu poczytać.
Chyba tyle należnych zaległości. A Wojtek obchodzi dziś urodziny. Przybyszewski Wojtek, znaczy. Najlepszego! Się zastanawiam, czy dam radę wszystkich Was czcić w tym miejscu. Chyba, że sobie jakiś automat.... O super! To jest myśl. :)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Niedziela u św. Sabiny

W niedzielę (to już trzy tygodnie temu, bo 21 marca) mieliśmy z kolegą wolne. Reszta ekipy prowadziła kurs "Filip", my tymczasem wybraliśmy się byliśmy na Mszę do
kościoła św. Sabiny.
A Msza była szczególna dość, trzeba powiedzieć. Raz, że trwała… no, więcej niż normalnie. Dwa, że było to najprawdziwsze wydarzenie gospel w podwójnym sensie tego słowa: ewangelicznym i muzycznym.
A wszystko wzięło się stąd, że gość, z którym przez cały poprzedni tydzień współpracowałem podczas różnych pobożnych okazji, nawrócił się właśnie dzięki tubylczemu proboszczowi. Było to jakieś… no chyba 17 lat temu. A że w Chicago bywał nieczęsto, postanowił odwiedzić człowieka, a ja się po prostu załapałem.
I w ten sposób mogłem uczestniczyć w jednym z najbardziej niezwykłych wydarzeń duchowych, jakie sobie przypominam z mojego trwającego już nieco żywota.
Najpierw spotkanie z samym proboszczem. Kwadrans, nie dłużej. Już stojąc pod drzwiami plebanii, zorientowałem się, że coś tu jest "nie tak". Przechodzący ludzie dopytywali, czy nam nie pomóc i czy proboszcz wie, że tu stoimy. A nie staliśmy długo (może z minutę).
A jak już weszliśmy do środka, zobaczyliśmy mnóstwo elegancko ubranych świeckich różnych kolorów skóry z przewagą czarnego oczywiście. Oprócz proboszcza w parafii pracuje jeden tylko jeszcze ksiądz - imienia nie powtórzę, ale pochodzi z RPA.
Sam proboszcz mało dość przypomina klasykę gatunku "duchowny". Znaczy ubiera się swobodnie i rozmawia jak człowiek. :) Ponieważ czasu nie było wiele, mój towarzysz i gospodarz przystąpili do wymiany newsów, czemu ja się jedynie przysłuchiwałem. Przy tej okazji mogłem się zorientować, że lokalny duszpasterz nie jest ulubieńcem swoich przełożonych. Kiedyś nawet przeczytał o sobie w gazecie, że jego biskup powiedział: "ojciec Pfleger to chyba powinien odejść z Kościoła". Ciekawa opinia biskupa, nie?
Ale sam o. Pfleger do odejścia się jakoś nie kwapi. Mówi, że nie interesuje go nic poza głoszeniem Chrystusa. Podczas Mszy mogliśmy się przekonać, że naprawdę w to głoszenie wkłada on całe serce.
Jak by co, kazanie ze Mszy,na której byliśmy, znajdziecie
w tym miejscu.
Jest po angielsku oczywiście.

Po spotkaniu z proboszczem udaliśmy się do Kościoła w celu Mszy. Odpowiednie służby pokazały nam miejsca (dość honorowe zresztą). W samym Kościele atmosfera rodzinna bardziej niż sakralna. Wszyscy ze sobą rozmawiają, znają się i nie robią z tego tajemnicy. :)
Ktoś się może dziwić, że nie koncelebrowałem. No, żeby koncelebrować taką Mszę, to się trzeba przygotować odpowiednio. Każdy gest, każda osoba przy ołtarzu, wszystko ma tu swoje znaczenie. I nic nie jest "na pokaz". Podczas całej Mszy naprawdę miałem poczucie obecności Bożej. Ja wiem, Pan Bóg jest obecny na każdej Mszy (i nie tylko na Mszy), ale poczucie Jego obecności - przyznacie chyba - nie zdarza się każdej niedzieli.
No więc po pierwszej godzinie byliśmy jeszcze przed kazaniem. Po następnej kazanie jeszcze się nie skończyło. Wszystko razem trwało trzy godziny i piętnaście minut. Można było zgłodnieć, ale na pewno nie zasnąć. :)
A po Mszy w sklepiku kazanie do kupienia, z czego też nie omieszkaliśmy skorzystać. I stąd właśnie nagranie, które w tym wpisie podlinkowałem.
Mam nadzieję, że i dla Was ten zaoczny udział we Mszy w Kościele św. Sabiny będzie doświadczeniem - bez przesady - spotkania z Panem.


P.S.: Rzućcie też okiem na
materiał filmowy
poświęcony parafii św. Sabiny w Chicago.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Lepiej nie mówić

Słuchajcie, nie ma co chyba wygłaszać kolejnych zbyt płytko brzmiących słów w związku z tym wszystkim, co się wczoraj wydarzyło. Odzywam się, bo trafiłem w necie na tekst, który niestety oddaje dość wiernie moje odczucia towarzyszące słuchaniu różnych ludzi Kościoła, wypowiadających się w telewizorze.
Rzućcie może okiem.
No więc nie pojmuję, dlaczego pasterze i przewodnicy (zwróćcie uwagę na wymowę tych słów) sprawiają wrażenie, jakby prowadzili ludzi w kosmos, gdzie niczego w zasadzie się nie odczuwa i nic nie przyciąga nas ku sobie. Taka zupełna deprywacja emocjonalna. Niech mi ktoś powie, ile są warte choćby najmądrzejsze mądrości, skoro nie można doszukać się w nich jakiegokolwiek ludzkiego zabarwienia? A może to po prostu strach i zasłona dymna, żeby nie pokazać, że chociaż się jest przewodnikiem i pasterzem, to się nie ma zielonego pojęcia dokąd to stado prowadzić i skąd wziąć dla niego paszę?
Może to i niestosowne, bo dzisiejszy dramat obfituje w tematy do refleksji i nie ma potrzeby dorzucać drew do płonącego stosu. No, ale moje schorzenie zawodowe nie pozwala mi tego nie zauważać.
chcesz być duszpasterzem - porzuć wszelkie ludzkie odruchy. Tak to wygląda. Czemu? - Nie wiem. mam jednak nadzieję, że ci, których dziś słyszałem, chociaż prywatnie i bez kamer potrafili się przejąć i nie udawać, że duchowo są ponad to.

środa, 24 marca 2010

Chicago

Nie było czasu, żeby opowiadać dzień po dniu, więc teraz taka "zbioróweczka".
Siedzę na lotnisku i czekam na boarding do samolotu, który zabierze mnie z Chicago do Nowego Jorku. Od ubiegłego poniedziałku byliśmy tu z dwoma braćmi i jedną siostrą. spotykaliśmy się z ludźmi, którzy chcą przyłączyć się do naszej wspólnoty; odwiedzaliśmy parafie, w których odprawialiśmy Msze i modliliśmy się za chorych. ja miałem szczęście brać również udział w spotkaniu grupy Anonimowych Alkoholików. Mówię szczęście, bo ich świadectwo po mojemu jest dużo mocniejsze i bardziej wiarygodne niż cokolwiek, co ja im mogłem powiedzieć. Grupa dwudziestoosobowa - niby nie dużo, ale wystarczyło, żeby nie tylko się modlić i słuchać księdza z Polski, ale też dzielić się świadectwem i zadawać pytania.
W środę trafiłem do tubylczego "Radio Maria".
Było tak: pani, która organizowała nasz pobyt w Chicago, ma znajomego. Facet jest niewidomy i prowadzi audycję w rzeczonej rozgłośni (radio nadaje po hiszpańsku). Koleś zaprosił mnie do udziału w programie. Było śmiesznie, bo on nie mówi po hiszpańsku, więc korzysta z tłumaczki. Zadawał mi pytania, a moich odpowiedzi dziewczyna już mu nie tłumaczyła, boby to przedłużało audycję. To był jak rozmowa z głuchym. :) Ale w sumie wyszło fajnie. Bardzo jakoś przypadli mi do serca oboje - ten prowadzący i tłumaczka. Strasznie normalne towarzystwo. A radio - jak to radio - nie specjalnie w moim stylu, wyposażone średnio w stronę marnego, ale przynajmniej na pierwszy rzut oka nie posiada pewnych cech, znanych z toruńskiej rozgłośni.
Aha, dowiedziałem się przy okazji, że polskiemu "RM" chciano podobno odebrać prawo do używania nazwy, tak bardzo odstaje od całej reszty. :)
W czwartek odprawiałem Mszę po polsku - pierwsza i jedyna, jak dotąd. Tłum wiernych liczył dwadzieścia cztery osoby (piszę słownie, żeby nie było podejrzenia o literówkę). Nic dodać, nic ująć.
W piątek odwiedziłem polskich karmelitów w Indianie. Bardzo mili faceci.
W sobotę natomiast prowadziłem dzień skupienia dla Odnowy Charyzmatycznej w Fort Wayne (Indiana). Wspólnota latynowska, bardzo przyjemna, otwarta i gościnna. Tematy, jakie mi zaproponowali, trochę mnie na początku ubawiły, ale ostatecznie postanowiłem od nich zacząć, żeby powiedzieć coś pozytywnego. A tematy były następujące:
1. Zwyciężać pokusy ciała w Wielkim Poście.
2. Zwyciężać pokusy świata w Wielkim Poście.
3. Zwyciężać pokusy Szatana w Wielkim Poście.
Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że po mojemu z pokusami walczyć nie wolno. Pokus trza unikać; inaczej może być za późno. :)
No i dobra. Tyle. Niedziela w osobnym wpisie.

poniedziałek, 8 marca 2010

Koń kres = kres kongresu

No i dobrze, bo "nic nie może przecież wiecznie trwać".
Tym bardziej, że impreza, którą się organizuje, trwa dla organizatorów przez cały okres przygotowań, więc nie dziwi, że jej koniec cieszy bardziej niż początek. :)
To, co powyżej, to oczywiście niewybredna emanacja mojego stanu. I to raczej fizycznego niż duchowego, bo, jak łatwo się domyślić, to nie duch, tylko ziemska powłoka cierpi najbardziej przy podobnych okazjach.
Co by Wam tu o naszym kongresie...
Niektórzy wiedzą: kongresy to nie moja specjalność. I pewnie dlatego nadaję się mało do ich relacjonowania.
Ten tutaj jest o tyle ciekawy, że wnosi pewien przełom do życia naszej nowojorskiej wspólnoty. Do tej pory, oprócz braci i sióstr konsekrowanych, w Nowym Jorku nie było członków Koinonii. Byli sympatycy. Tymczasem dzisiaj ok. 90 osób postanowiło przyłączyć się do nas. Najpierw na rok. Potem, jeśli nie zmienią zdania, na trzy lata, znów na trzy, aż w końcu, jeśli będą żyli i nie stracą ochoty, na całe życie.
Kiedyś próbowałem objaśnić te nasze wspólnotowe zobowiązania jednej pani redaktor. Niestety, postanowiła wmontować te moje wyjaśnienia w wypowiedź kogoś innego, a moje odpowiedzi na pytania pominęła albo przewróciła na lewą stronę. To tak na marginesie.
Czasami nas ludzie pytają: a po co Wam te jakieś zobowiązania, czy coś? Pachnie zakonem albo przynależnością partyjną.
Pewnie. Bo dzisiaj zobowiązania w ogóle nie mają najlepszej prasy i jak ktoś do czegoś się zobowiązuje, to wiadomo, że albo mu w końcu przejdzie, albo jest zmanipulowany. :)
Kurczę, moja gadatliwość jest miarą mojego zmęczenia.
Dobra. W imprezie wzięło udział ok. 250 osób (w szczycie). Na tutejsze warunki to sporo.
W ostatniej chwili zmontowany zespół pokazał średnią klasę latynowskich wspólnot charyzmatycznych: głośno i beztrosko.
A ja? Co ja tam robiłem? Nagrywałem i wydawałem płyty. :) Udało nam się osiągnąć mały sukces: ludzkość, wychodząc ze spotkania, albo idąc na przerwę, mogła już kupować płyty z nauczaniem, które się właśnie zakończyło.
A teraz idę spać.

piątek, 5 marca 2010

Standing cyrulik

Kolejna wizyta w Metropolitan Operze przyprawiła mnie o ból kończyn. Dolnych. "Cyrulik sewilski" Rossiniego jest niewątpliwie sympatyczny i muzycznie bardzo przyjemny. Do tego wykonanie - zacności. No, ale po trzech godzinach stania doznania artystyczne schodzą na dość daleki plan.
A jutro, o sorry, dzisiaj wieczorem, zaczyna się nowojorski kongres naszej wspólnoty. Zobaczymy, co to będzie w praktyce oznaczać. To pierwsza tutaj taka imprezka. Opowiem oczywiście.