Ok, no wiem, że znów przesadziłem. Tym bardziej, że w zasadzie byłoby nawet o czym opowiadać.
Po pierwsze na początku stycznia odwiedziłem moją osobistą rodzinkę, o czym chyba nikt poza zainteresowanymi nie wiedział. A, sorry, wiedzieli jeszcze moi koledzy, moderatorzy bydgoskiego seminarium i jeden kolega proboszcz. To były bardzo miłe spotkania. Bo, jak to powiedziała pewna pobożna pani, kiedy nie chciałem jej poświęcić zapałek, "mało jest teraz wierzących księży". :-)
Jako punkt drugi powinienem chyba umieścić wyprawę do Pragi, gdzie wziąłem udział w międzynarodowym seminarium poświęconym duchowości naszej wspólnoty. Można nawet powiedzieć, że było to światowe seminarium, bo nie zabrakło towarzystwa zza Wielkiej Wody. Cóż: trzygwiazdkowy hotel, znakomici mówcy i doborowe towarzystwo oraz narodowy napój Czechów ze zniżką dla uczestników seminarium. A przede wszystkim radość z tego, że się jest na swoim miejscu. A uczucie wzięło się stąd, że ktoś znowu nazwał po imieniu to, co mnie pociągnęło do wspólnoty. To tak, jakby sobie człowiek przypomniał... No dobra, bo bym się zrobił romantyczny.
Punkt trzeci to Ogólnopolskie Seminarium Liderów Ewangelizacji w Warszawie (połowa stycznia). Tym razem nie hotel, a dom rekolekcyjny, o czym zostaliśmy z kolegą poinformowani od razu w recepcji, ponieważ zapytaliśmy nieostrożnie, czy nie dałoby się czegoś przekąsić. Chodziło nam o jakikolwiek bar albo bufet, byle coś wrzucić na ruszt. Ale gdzie tam! No nic. Ruszyliśmy więc do naszego "rekolekcyjnego pokoju” na trzecim piętrze. Przy windzie kolejna niespodzianka. Napis głosi: "winda tylko dla gości hotelowych. No, ale, myślę sobie, skąd oni tu gości hotelowych wezmą, skoro to dom rekolekcyjny? Z uczuciem, że jedziemy na gapę, wtoczyliśmy się jednak razem z naszymi walizkami i komputerami do owego hotelowego dźwigu. Po wejściu do pokoju znów nie mieliśmy wątpliwości, że to nie jest hotel: pomiędzy dwoma piętrowymi łóżkami można było przechodzić tylko pojedynczo i to pod warunkiem, że się człowiek jakoś dogadał ze współspaczem, bo ruch odbywał się wahadłowo: jeden przechodzi, a drugi stoi w kącie. No i wisienka na torcie: o ile w prawdziwym hotelu w jak najbardziej świeckiej Pradze, w szufladzie nocnego stolika zastaliśmy zgodnie z hotelowym standardem Pismo Święte, to w domu rekolekcyjnym, w tym samym miejscu można było znaleźć co najwyżej modlitewnik. No comments...
Po drodze były jeszcze różnego rodzaju spotkania wspólnotowe, jak np. kurs biblijny w Białymstoku albo wizyty różnych fajnych ludzi u nas w domu… Jednym słowem to, co zwykle.
W najbliższej perspektywie wyjazd do Izraela na tydzień w marcu. Już się zastanawiam, jakby tu Was informować o przebiegu całego zajścia, bo kto to wie, czy internet będzie w zasięgu bez konieczności wzięcia kredytu hipotecznego. W razie czego jest jeszcze Twitter, który - dodam dla porządku - możecie śledzić również na tej stronie.
To chyba tyle tym razem. Pozdrowienia!
Pięć lat VoiceOvera dla iOS
-
Skoro już odzywam się co najwyżej od wielkiego dzwonu, to przynajmniej
niech to będzie super okazja. :-)
Panie i Panowie, oto dziś mija pięć lat od pokaz...
11 lat temu
Dobryczas (taki uniwersjał - bo nie wiadomo o jakiej porze kto tu zaglądnie) Państwu.
OdpowiedzUsuńI co? I co? No piszże co stym Izraela. Naobiecuje, naobiecuje i tita-rita. A do mojej żony to se wydzwania. Cóż, nie masz, ach, nie masz zrozumienia na tym padołu łzie, heh... Trzymsie. Trzymciesie.
Ale, bo też ja do onego Izraela dopiero za połową marca wybieram się. Proszę jeszcze wstrzymać bóle, Wasza Miłość!
OdpowiedzUsuń