W niedzielę (to już trzy tygodnie temu, bo 21 marca) mieliśmy z kolegą wolne. Reszta ekipy prowadziła kurs "Filip", my tymczasem wybraliśmy się byliśmy na Mszę do
kościoła św. Sabiny.
A Msza była szczególna dość, trzeba powiedzieć. Raz, że trwała… no, więcej niż normalnie. Dwa, że było to najprawdziwsze wydarzenie gospel w podwójnym sensie tego słowa: ewangelicznym i muzycznym.
A wszystko wzięło się stąd, że gość, z którym przez cały poprzedni tydzień współpracowałem podczas różnych pobożnych okazji, nawrócił się właśnie dzięki tubylczemu proboszczowi. Było to jakieś… no chyba 17 lat temu. A że w Chicago bywał nieczęsto, postanowił odwiedzić człowieka, a ja się po prostu załapałem.
I w ten sposób mogłem uczestniczyć w jednym z najbardziej niezwykłych wydarzeń duchowych, jakie sobie przypominam z mojego trwającego już nieco żywota.
Najpierw spotkanie z samym proboszczem. Kwadrans, nie dłużej. Już stojąc pod drzwiami plebanii, zorientowałem się, że coś tu jest "nie tak". Przechodzący ludzie dopytywali, czy nam nie pomóc i czy proboszcz wie, że tu stoimy. A nie staliśmy długo (może z minutę).
A jak już weszliśmy do środka, zobaczyliśmy mnóstwo elegancko ubranych świeckich różnych kolorów skóry z przewagą czarnego oczywiście. Oprócz proboszcza w parafii pracuje jeden tylko jeszcze ksiądz - imienia nie powtórzę, ale pochodzi z RPA.
Sam proboszcz mało dość przypomina klasykę gatunku "duchowny". Znaczy ubiera się swobodnie i rozmawia jak człowiek. :) Ponieważ czasu nie było wiele, mój towarzysz i gospodarz przystąpili do wymiany newsów, czemu ja się jedynie przysłuchiwałem. Przy tej okazji mogłem się zorientować, że lokalny duszpasterz nie jest ulubieńcem swoich przełożonych. Kiedyś nawet przeczytał o sobie w gazecie, że jego biskup powiedział: "ojciec Pfleger to chyba powinien odejść z Kościoła". Ciekawa opinia biskupa, nie?
Ale sam o. Pfleger do odejścia się jakoś nie kwapi. Mówi, że nie interesuje go nic poza głoszeniem Chrystusa. Podczas Mszy mogliśmy się przekonać, że naprawdę w to głoszenie wkłada on całe serce.
Jak by co, kazanie ze Mszy,na której byliśmy, znajdziecie
w tym miejscu.
Jest po angielsku oczywiście.
Po spotkaniu z proboszczem udaliśmy się do Kościoła w celu Mszy. Odpowiednie służby pokazały nam miejsca (dość honorowe zresztą). W samym Kościele atmosfera rodzinna bardziej niż sakralna. Wszyscy ze sobą rozmawiają, znają się i nie robią z tego tajemnicy. :)
Ktoś się może dziwić, że nie koncelebrowałem. No, żeby koncelebrować taką Mszę, to się trzeba przygotować odpowiednio. Każdy gest, każda osoba przy ołtarzu, wszystko ma tu swoje znaczenie. I nic nie jest "na pokaz". Podczas całej Mszy naprawdę miałem poczucie obecności Bożej. Ja wiem, Pan Bóg jest obecny na każdej Mszy (i nie tylko na Mszy), ale poczucie Jego obecności - przyznacie chyba - nie zdarza się każdej niedzieli.
No więc po pierwszej godzinie byliśmy jeszcze przed kazaniem. Po następnej kazanie jeszcze się nie skończyło. Wszystko razem trwało trzy godziny i piętnaście minut. Można było zgłodnieć, ale na pewno nie zasnąć. :)
A po Mszy w sklepiku kazanie do kupienia, z czego też nie omieszkaliśmy skorzystać. I stąd właśnie nagranie, które w tym wpisie podlinkowałem.
Mam nadzieję, że i dla Was ten zaoczny udział we Mszy w Kościele św. Sabiny będzie doświadczeniem - bez przesady - spotkania z Panem.
P.S.: Rzućcie też okiem na
materiał filmowy
poświęcony parafii św. Sabiny w Chicago.
Pięć lat VoiceOvera dla iOS
-
Skoro już odzywam się co najwyżej od wielkiego dzwonu, to przynajmniej
niech to będzie super okazja. :-)
Panie i Panowie, oto dziś mija pięć lat od pokaz...
11 lat temu
Heja. Cos tu sie dzieje bracia? Aloha!
OdpowiedzUsuń