Dzisiaj odbyłem dwa ważne, życiowe etapy. Jeden to pierwsza Msza po angielsku, a drugi - organizowany przez tubylczą kurię diecezjalną dla wszystkich duszpasterzy i pracowników/wolontariuszy kościelnych kurs "Virtus", dotyczący nadużyć seksualnych wobec dzieci. Chodziło o to, aby problem dostrzec i umieć mu zapobiegać.
Nie pytajcie, czy wszystko po angielsku zrozumiałem. Albo dobra, pytajcie, to wyjaśnię, że pani od nadużyć (odpowiednio autorytatywna Murzynka we właściwym wieku) miała wymowę typową dla afroamerykańskiej części społeczeństwa Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. I do tego chyba coś ze szczęką. W każdym razie efekt byłby chyba interesujący dla każdego logopedy. Wygląda na to, że ani pani prowadząca, ani dwa przedstawione filmy nie spowodowały rewolucji w moim postrzeganiu problemu omawianego na kursie "Virtus", ale ciekawych odsyłam na stronkę
Amerykański Kościół się stara. Chyba zresztą nie ma innego wyjścia.
Aha, sposób prowadzenia zajęć można chyba uznać za poglądową lekcję profesjonalizmu w dziedzinie dydaktyki i troski o uczestników. Na każdym etapie każdy mógł zadać każde pytanie. Niektórzy niestety z tej możliwości korzystali i było chwilami wesoło, ale oczywiście nikt się głośno nie śmiał. Nawet ja.
A w przerwie jedna pani podeszła do mnie i też zadała pytanie: "do czego można używać laptopa, bo ona też chciała sobie kupić?". Swojskie klimaty.
Robert, no to w końcu do czego można używać laptopa? mój śmiech chyba usłyszeli na drugim piętrze...
OdpowiedzUsuńpozdrawiam !!! basia wojciechowska
No, też sobie zadałem to pytanie. Tylko, że nie mogłem się swobodnie odśmiać...
OdpowiedzUsuń